niedziela, 27 października 2013

•002•


Delikatne promienie słońca przedostają się przez cienką zasłonkę w moim pokoju. Leniwie unoszę powieki.  Na policzkach czuję resztki po makijażu, które zmazały łzy. Unoszę się na łokciach i rozglądam po pokoju. Od wczoraj nic tu się nie zmieniło. Torba leży na ziemi, a rzeczy, które w niej były rozsypały się po puszystym dywanie. Kątem oka spoglądam na zegarek. Jest 6.37. Od czasu zaginięcia chłopaków zawsze się tak budzę. Nie mam po co spać, skoro w snach męczą mnie koszmary. 
Powoli wstaję z łóżka i kieruję się w stronę lustra. Nie wyglądam najgorzej. Porównując mój stan z tym sprzed paru dni, wyglądam na prawdę dobrze. Jeśli nie liczyć bałaganu na głowie i twarzy, byłoby wręcz idealnie. Sięgam po szczotkę i powoli rozczesuję włosy. Chusteczką zmywam makijaż z twarzy. 
-Nie jest tak źle…- szepczę sama do siebie. 
Z szafy wyciągam leginsy i bluzkę. Szybko się ubieram i wychodzę z pokoju. W domu panuje cisza. Mama z Anne pewnie poszły na grób. W kuchni czeka na mnie karteczka. "Jesteśmy na cmentarzu. Na blacie masz śniadanie. Kocham cię, mama". Patrzę na przygotowany dla mnie posiłek. Dwie kanapki z serem i sałatą, muffin i jabłko. Odruchowo na mojej twarzy pojawia się grymas. Nie będę jadła. Nie mogę. Wytrzymuję już tak długo bez jedzenia, nie złamię się.  Sięgam po czerwony owoc i wychodzę z kuchni.
Z szafeczki w przedpokoju biorę swój telefon i słuchawki. Zakładam czarną kurtkę i czapkę. Kluczem zamykam drzwi i chowam Go w doniczce. Jeśli 
mama wróci przede mną, a nie wzięła klucza, na pewno zajrzy tam na początku. Wkładam słuchawki do uszu i po woli ruszam ku furtce. Idę chodnikiem. Ludzie mijają mnie i patrzą z szacunkiem i współczuciem. Wiedzą, że jestem córką premiera. I wiedzą też, że Louis i Harry zaginęli. Na pewno rzucił im się w oczy artykuł w gazecie. Tym bardziej, że był na pierwszej stronie. Podmuch wiatru sprawia, że włosy wirują mi dookoła głowy. Czuję popchnięcie i upadam na mokrą trawę, a słuchawki wypadają mi z uszu. Jabłko, które jeszcze przed chwilą trzymałam w ręce, toczy się po chodniku daleko ode mnie. 
Nade mną pochylają się dwie wysokie i muskularne postacie. Nie widzę do końca ich twarzy, ale domyślam się kto to jest. Pewnie jedni z 'kolegów' Louis'a, którzy dowiedzieli się, że jest gejem Chcą zemścić się na mnie. 
-Jak tam,  siostro pedałka? Żyjesz jakoś bez jęków w domu?- śmieją się ochryple, a po chwili czuję podeszwę na swoim żebrze. 
Spod zamkniętych powiek wypływają mi łzy. Angel, głupia, miałaś nie płakać! Próbuję przestać, ale moje próby idą na marne. Słone kropelki moczą moją twarz coraz szybciej. Po chwili jestem już cała zapłakana. Kolejny cios trafia w mój policzek. Mogę się założyć, że będę tam miała siniaka. Przy swoim uchu słyszę, ochrypły, obrzydliwy szept:
-To jeszcze nie koniec. Będziesz cierpieć za niego..
Obydwie postacie zaczynają się śmiać. Kolejne łzy moczą mnie, a także chodnik. Po chwili ostatni raz czuję rękę na swojej twarzy i odchodzą. Nie leżę tam długo. Wstaję i cała zapłakana biegnę do domu. 
Drzwi są zamknięte. Mama jeszcze nie wróciła. Otwieram je klucze i biegnę a górę. Nie kieruję się jednak do swojego pokoju, lecz do drzwi na końcu korytarza. Pokój Boo. Nie był zamknięty, ale nikt go dawno nie otwierał, więc drzwi lekko skrzypią, kiedy je otwieram. Wchodzę do pokoju i siadam na podłodze i opieram się plecami o łóżko. Zaczynam płakać jeszcze bardziej.
-Louis, j-jesteś idiotą, wiesz? Popieprzonym idiotą, który zostawił mnie samą na tym cholernym świecie!- Zaczynam krzyczeć, choć sama nie wiem do kogo.- Wiesz, jak przez ciebie cierpię? Nienawidzę Cie, słyszysz?! Tak strasznie Cię nienawidzę..
Chowam twarz w dłoniach. Po chwili są całe mokre, ale nie obchodzi mnie to. Powoli wstaję i kieruję się do krzesła. Siadam przy nim i rozglądam się po pokoju. Moją uwagę przykuwa pudełko po butach, które znajduje się na najwyższej półce szafki nad łóżkiem. Powoli kieruję się w tą stronę. Staję na łóżku i próbuję dosięgnąć tajemniczego pudełka. Nie jest to proste przy moim wzroście. Po chwili uderzam w nie ręką, a ono spada na podłogę. Rzeczy, które się w nim znajdowały rozsypują się na podłogę. Kucam i zaczynam je zbierać. Jest tam sznurkowa branzoletka, kasztan, złamana płyta.. Musiało to być coś w stylu 'pudełka skarbów'. Chowając je z powrotem do rąk biorę normalnej wielkości zeszyt z grubą, brązową okładką. Nie wiem co mnie kusi, ale otwieram go na pierwszej stronie. 

26 lutego 2011 rok, 21:03
Znalazłem ten zeszyt na strychu. Mama kazała mi posprzątać i jakoś rzucił mi się w oczy. Wziąłem go i.. cóż, chyba zacznę przelewać swoje życie na papier. Będę miał jakąś pamiątkę.
Dzisiaj znów byłem z Laurą w kinie. W sumie to nie wiem, dlaczego się z nią umawiam. Kocham ją, ale to już nie to samo co kiedyś. Angel jej nie lubi. Nie wiem czemu to napisałem, bo jej zdanie mnie nie obchodzi. Bardziej przejmuję się Harry'm. On też za nią nie przepada. Jakoś dziwnie się ostatnio zachowuje. Jest taki cichy i… często patrzy mi w oczy. Jakby chciał mi coś powiedzieć. To chore. Jesteśmy przyjaciółmi. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja też chcę mu coś powiedzieć. Ja Go chyba kocham..

Zczęłam rozumieć. To był pamiętnik Boo. 

środa, 31 lipca 2013

•001•



Przez głowę wciągam czarną sukienkę i zapinam ją suwakiem po boku. Włosy związuję w ciasnego koka. Jak na córkę premiera przystało. Jestem gotowa. Ostatni raz patrzę w lustro, z dzbanka biorę dwie białe róże i wychodzę z pokoju. Z dołu dochodzą głosy. Głosy pełne smutku. Ignoruję je. Obiecałam sobie, że nie będę płakać. Jeszcze nie teraz. Schodzę po schodach i nie obrzucając nawet spojrzeniem dwóch ważnych dla mnie kobiet, wychodzę przed dom. Deszcz spływa mi po policzkach i moczy włosy. Przebiegam przez podwórko i wsiadam do czarnego samochodu. Czuć w nim nieprzyjemny zapach. Zapach śmierci. No, przynajmniej dla mnie. Ale co tu się dziwić, skoro pojazd pochodził z zakładu pogrzebowego. Kwiaty kładę obok na siedzeniu. Spoglądam na okno i obserwuję biegające po niej krople deszczu.
Z torebki wyciągam telefon- Iphone najnowszej generacji- i odblokowuję go. Uśmiechają się do mnie trzy twarze. Moja, Louis'a i Harry'ego. Moje usta wyginają się w smutny uśmiech. To zdjęcie zrobiliśmy dzień przed ich wyjazdem., w ten sam, w który się zaręczyli. Dobrze pamiętam tamten wieczór. Byli tacy szczęśliwi. Szczególnie Louis, planował to wszystko od dawna; zaręczyny, wyjazd do Irlandii. Siedzieliśmy wśród walizek, ubrań i toreb. Obiecali, że jak wrócą to zabiorą mnie gdzie tylko zechcę. Ale potem…
Do samochodu wchodzą dwie kobiety, obie ubrane na czarno w kapeluszach. Anne, mama Harry'ego, którą traktuję jak drugą matkę, siada kolo okna, a moja rodzicielka na środku, obok mnie. Po chwili w samochodzie rozlega się cichy szloch. Nie, Angel, ty nie będziesz płakać. Jesteś silna. Opieram głowę o okno, ale zaraz się prostuję. Na zaparowanej szybie piszę: "Jedziemy na pogrzeb. Na pogrzeb, który nie ma sensu". Te dwa zdania chodziły mi głowie od jakiegoś czasu. Ale to była prawda, ten pogrzeb nie będzie miał sensu. Dlaczego robimy chłopakom pogrzeb, choć oni mogą nadal żyć? Jaki ma sens chowanie w ziemi pustych trumien? To nie ma sensu. Życie nie ma sensu. Dopóki on się nie znajdzie. Powiedziałam "on"? Chodziło mi oczywiście o "ich".
Samochód nawet nie parkuje, bo ja od razu z niego wyskakuję. Chcę się oderwać od moich chorych myśli. Za mną wychodzą dwie matki. Na placyku nie ma nikogo więcej. Ojciec, a także premier Anglii i jak dla mnie skończony sukinsyn, znienawidził Loui'ego, kiedy ten wyznał mu, że jest gejem. "Nie jestes już moim synem! Nie chcę mieć w rodzinie pedałka!", powiedział wtedy. Chyba myślał, że ja i mama myślimy podobnie, bo zdziwił się kiedy nie chciałyśmy wyrzucić Boo za drzwi. Dał nam wtedy obu w twarz i wyszedł trzaskajac drzwi. Następnego dnia, w gazetach były jego zdjęcia, na których obmacuje po cyckach niejaką Veronikę Fox, modelkę na skalę światową, choć dla mnie była zwykłą dziwką. 
  Stoimy pod drewnianym, małym kościołem. Jego dwuskrzydłowe drzwi otwierają się i na zewnątrz wychodzi drobny, stary pastor Gregory. On, jako jedyny z duchowieństwa, zgodził się odprawić gejowski pogrzeb. Wspomagał on moją tajemną organizację HAPT (homosexuals are people too). Dbał o to, żeby nikt nigdy mnie nie podejrzewał o napisy na murach czy róźne plakaty. Dzięki niemu uchodziłam za grzeczną córunię tatusia, czy jak ja sama siebie nazywałam- dziewczynkę na posyłki.
Matki zgodnie zdecydowały, że nie będziemy robić mszy dla trzech osób. Bo po co? Ósemka chłopaków, mniej więcej w moim wieku wynosi w kościoła dwie trumny. Przechodzą obok nas, a jeden z nich szczypie mnie w tyłek. Piszczę cicho. On, słysząc to, śmieje się gardłowo i syczy coś na kształt: "To dopiero początek, Skarbie." Ignoruję go i ruszam w stronę cmentarza. Wybrałyśmy ustronne miejsce na samym końcu, tuż przy murze. 
Trumny lądują w grobach. Każda z nas wrzuca na trumny po jednej róży. One ciemnoczerwone, ja białe. Żaden z nich nigdy nie lubił czerwonych róż. Ziemia powoli spada na drewniane wieka. Pastor zaczyna coś mówić, ale ja jestem zbyt pochłonięta swoimi myślami by go słuchać. Uderzam baleriną o ziemię. Nie dopuszczam do siebie myśli, że to co się właśnie wokół mnie dzieje jest konieczne. Że oni naprawdę nie żyją… Nawet nie zauważyłam kiedy grób został całkowicie zakopany i mężczyźni ustawiają nagrobek. Pastor kończy mówić.  Matki odchodzą, ale ja stroję bez ruchu.
-Angel, Skarbie, idziesz?- słyszę za sobą głos rodzicielki.
-Wrócę na piechotę, mamo…- odpowiadam.
Słyszę jak się oddalają. Siadam na ławeczce i patrzę na nagrobek. Pod nazwiskami i datami widnieje cytat. "Love is love". Samotna łza spływa mi po policzku.
Wracam do domu okrężną drogą. Nie chcę kierować się do centrum miasta. W końcu nadal jestem córką premiera, a jakby zobaczyli mnie całą zapłakaną, to na pewno zaraz wyszło by na jaw, że mój "ukochany" tatuś miał synka "pedałka". A wtedy, oczywiście, mnie by się za to dostało. Szybkim krokiem przemierzam kolejną uliczkę, pocierając rękami o zmarźnięte ramiona. Byłam na tyle mądra, że nie wzięłam płaszcza. 
Mieszkamy na obrzeżach miasta, w dużym domu na uroczym osiedlu Sunny Glade. Co za idiotyczna nazwa. W każdym razie, wracając… Ojciec łaskawie zostawił nam dom, chociaż ja nadal boję się, że w środku nocy wparuje do środka i karze nam się wynosić. Po nim można spodziewać się wszystkiego.
Od tego nieszczęśliwego wypadku, Anne zamieszkała z nami, dlatego nie dziwię się gdy widzę ją w salonie razem z moją matką. 
-Angel, posiedzisz z nami?- pyta mam Harry'ego.
-Nie, pójdę się położyć…- szpczę cicho i idę n górę. 
Mój pokój można by nazwać małym królestwem. Ogromny, cały zrobiony na biało, łóżko z czterema słupkami… Rzucam się na owy mebel i chowam głowę w poduszkach. Mój cichy płacz odbija się echem od ścian. Po chwili słychać go w całym pokoju… 

wtorek, 30 lipca 2013

•000•


•Angel of Hope•

this is story about...


Angel Tomlinson
29th February 1996
London, UK


and...


Louis Tomlinson
24th December 1991
London, UK
&
Harry Styles
01 February 1994
London, UK

Maybe You know Them under the name... Larry...

~•~•~•~•~•~•~•~•~•~•~

13 MARCA 2013, PIĄTEK
GAZETA LONDYŃSKA

ZAGINELI! 

Dwójka mężczyzn, Harry S. (19 l.) oraz Louis T. (22 l.), wczoraj, w okolicach godzin porannych wyjechała z Londynu, kierując się do Irlandii. Od tamtego czasu rodzina nie ma z nimi żadnego kontaktu. Londyńska policja odnalazła ich opuszczony samochód na autostradzie, ale po ciałach nie został żaden ślad, oprócz zakrwawionych siedzeń. Policja w całym kraju została poinformowana o tym zdarzeniu. W sprawie jakichkolwiek informacji prosimy kierować się do  najbliższego posterunku policji.

~•~•~•~•~•~•~•~•~•~•~

Two boys....



...One girl...





...three words...



....many problems....


 ...It is 
ANGEL OF HOPE...